Hellowin – ogłuszacz czy budzik?

Wczoraj, pod cmentarzem zaczepił mnie jakiś miejscowy „Jutuber” z pytaniem co myślę o tym całym hallowin, czy to potrzebne, dobre w Polsce. Fajnie, bo akurat godzinę wcześniej spotkałem kilku dzieciaków którzy zbierali cukierki. Uderzyło mnie to, że w ogóle nie było żadnej zabawy w tym ich zbieraniu, po prostu, pukali, rzucali zamaskowani hasło „cukierek albo psikus” i czekali. Na pytanie: ale co tak właściwie chcecie – speszyli się i uciekli. Tamtych było dwoje. Następny sam, też zamaskowany leciał od drzwi do drzwi z takim samym rytuałem. Zazwyczaj drzwi się otwierały i ktoś, kto widział takiego delikwenta od razu zamykał drzwi, a gość leciał do następnych. Na pytanie, dlaczego masz dostać te cukierki, padło: nie wiem. Co robisz, aby Ci dali te cukierki – nic. To dlaczego ktoś Ci coś ma dać za nic? Yyyyy. Chodziło mi o to, że dzieciaki latające za cukierkami w ogóle nie były rozbawione, nie wczuwały się w to, co robią, nie próbowały straszyć na wesoło… po prostu zbierały cukierki… jak poborcy podatkowi, tylko, że w maskach. Mniej więcej to powiedziałem Jutubisiowi, Zdziwił się co nie co, powiedział, że mam niecodzienne podejście i tyle, tylko, że zainspirował mnie do dalszych przemyśleń tego tematu.

Uderza mnie brak radości, brak umiejętności bawienia się tym co się robi. Chwała dla tych dzieciaków, że odważyły się i biegają po ludziach ale tak jakby nie był pojęty w ogóle sens tego – po co i dlaczego się to robi – przynajmniej tak to widzę. Posypią się cukierki i ludzie chętniej będą drzwi otwierać jak będą wiedzieć, że za tą maską jest roześmiana buzia, która chce dać z siebie trochę radości, bo jest szczerze radosna. Jeśli dzieciak jest szczęśliwy, wesoły i się bawi tym co robi, to każdy z miłą chęcią się przyłączy do tej radości dając coś od siebie, choćby tego cukierka. Ale jeśli za maską siedzi wystraszony, zestresowany dzieciak, który tylko liczy na cukierka, bo nie wiem, może ma się pochwalić przed innymi ile zebrał, albo bo starsi mu powiedzieli żeby biegał i zbierał cukierki, to nikt się do czegoś takiego nie chce przyłączać i taka wizyta wręcz męczy i zabiera energię. Ten dzieciak, zamiast promieniować swoją czystą radością i energią, to ją zabiera swoim stresem i roszczeniową postawą. Chyba nie o to chodzi. Niestety, tutaj dotykamy szerszego problemu – nie wiele się teraz robi aby robić… dla radości, dla fanu, bo tak nam w sercu gra. Teraz musi być cukierek albo obiektyw…

Co jeszcze myślę o tym… zwyczaju? Z jednej strony jest super, bo ma odstraszyć ludzi. Do tej pory mamy problem ze śmiercią, duchami. Nie umiemy żyć, nie umiemy umierać, boimy się tego. Na powstawało dużo durnych filmów, horrorów itd., które dodatkowo potęgują ten miszmasz informacyjny wokół śmierci i umierania. Dla mnie ten Hellowin jest taką próbą odstraszenia ludzi, czyli, żeby mniej poważnie do tego podchodzili, żeby się odstresowali, uśmiechnęli do tego całego hoorrowatego klimatu, który wgrywają nam media strasząc śmiercią i umieraniem. Ok, fajnie, klawo. Tylko kurna, to ma być robione szczerze i na wesoło. Bo jak dziecko samo bez maski jest niczym zombie, bo nie potrafi się bawić, śmiać i czuć dobrze tylko jest wystraszone i bezrefleksyjnie realizuje czyjś pomysł do „zabawy” mając na celu „cukierka” – to lipa. To nic z tego dobrego nie wyjdzie. Nie będzie odstraszenia – neutralizacji strachu umierania tylko będzie kolejne zniechęcenie w okolicy Hellowin „znów te zamaskowane barany będą się o cukierki upominały” – czyli będzie raczej większe zniechęcenie tematem – „o jeszcze jeden powód by zbierać kasę”. Nie mówię tutaj, że w ogóle nie ma dzieciaków I STOJĄCYCH ZA NIMI DOROSŁYCH, którzy nie czują tego na wesoło i lekko. Wierzę, że są ludzie i ich dzieci, które dobrze się bawią, cieszą tym co robią i rozdają swoja radość nie patrząc na cukierki. Na pewno tacy są, tylko, że ja ich nie widziałem. Ja opisuję to co spotkałem, a patrząc na obecne, społeczne zubożenie ciał emocjonalnych u dorosłych i dzieci, to obawiam się, że jest to powszechne. Niestety, doszło do tego, że cieszy nas coś, co się opłaca, jak się nie opłaca, to się nie cieszymy….  Komercja zjada nasze ciała emocjonalne.

Jeszcze jedna refleksja przy tej okazji. Kolejne tabu jest zabijane tym „świętem”. To co wyżej napisałem, że trzeba odstraszyć ludzi od tego holywoodskiego i nie tylko g… które nam wgrano przez dekady to jedna sprawa, ale druga sprawa to to, że sama śmierć w tym przypadku robi się jeszcze bardziej niezrozumiała i jeszcze mniej mamy ochotę o niej myśleć. Bo z czym się zaczyna kojarzyć?  Z bandą dzieciaków – tych kilku, kilkunasto i kilkudziesięcioletnich* poprzebieranych w jakieś rozmaite stroje i szukających cukierka J. Śmierć staje się czymś jeszcze dziwniejszym i czymś co jest odzierane ze swego sacrum, ze swej świętości i mistyczności… śmierć jednak jest tajemnicą, bo nikt nie wie na pewno jak to będzie, ale jak się zajmować na poważnie takim tematem skoro kojarzy on się z bandą dzieciaków szukających cukierków?

Z pozdrowieniem na Twej Drodze

Krzysztof

 

p.s. * – jak to ktoś słusznie zauważył, ludzie nie dorastają i dojrzewają, tylko starzeją się. Dlatego w każdym z nas tkwi jakieś zranione albo rozbestwione, rozbawione dziecko, które tak naprawdę żyje w ciele dorosłego. To dobrze, bo szczęśliwe dziecko to wielka radość życia i kreatywność, gorzej jeśli dziecko jest zranione, odrzucone i nieszczęśliwe… a takich, żyjących za emocjonalnymi murami niestety jest więcej….

 

 

Dziel się Dobrą Energią
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •