W objęciach tożsamości

 

 

 Poruszamy się w obrębie ustalonej przez nas tożsamości. Nie zrobimy nic czego nam nasze wewnętrzne prawo nie pozwoli i nie dojdzie do nas nic na co nasze wewnętrzne prawo nie zezwoli. Nasza tożsamość, nasze przeświadczenie o tym kim jesteśmy determinuje wszystko, a za tym najczęściej kryje się strach. Tożsamość sprawia, że są ramy, są wzorce, są rejony w obrębie których się poruszamy. W tych rejonach czujemy się bezpiecznie. Nie ważne czy te rejony są dobre czy złe. Nie ważne czy nam sprzyjają czy też przyprawiają nas o zgrzytanie zębów i płacz… najważniejsze, że je znamy. Nasz największy strach to strach przed nieznanym, strach przed niewiadomym. Strach przed nie wiadomym, okrutnym Bogiem, światem…
   

 

Nasza tożsamość jest gwarantem naszej istności. Bez tożsamości rozpadlibyśmy się ale nigdy na to sobie nie pozwolimy. Wiemy, czujemy, że tak jest, dlatego nasze schematy i mechanizmy projekcji rzeczywistości są tak potężne. To ze strachu przed nieznanym projektujemy cały nasz świat w którym żyjemy sobie “spokojnie” To nasza wystraszona projekcja tworzy naszą rzeczywistość, która nie może być prawdziwa, bo przecież wyrasta ze strachu.

 

Strach potrafi się pięknie ukrywać. U tych, którzy są teoretycznie bardzo w życiu wystraszeni nie skrywa się on głęboko. Jest, wszyscy go widzą. Ci wybrali by coś zrobić z tym strachem. Ale są też tacy, którzy ten pierwotny strach zagłuszają muzyką, sztuką, tysiącami różnych spraw, karierą, sukcesem. Oni też się boją ale nie pokażą tego po sobie. Nie to, że się wstydzą czy coś w tym stylu tylko po prostu tak ich wewnętrzne prawo wyparło ten strach, że go nie odczuwają. Ich wewnętrzna tożsamość nie zakłada odczuwania strachu… ale on tam się gdzieś szwenda… czai się w mroku….

Czym jest ten strach? Ten strach to nasze wystraszone i samotne ego, które kiedyś powiedziało, że da sobie radę samo. Że poradzi sobie świetnie bez całej reszty. Które stwierdziło, że chce spróbować być samo. To nie jest tak, że to ego wyrosło z jakiejś głupoty czy buntu…. ono raczej zechciało zakosztować czegoś innego, czegoś co było ekscytujące, niebezpieczne i wyzywające. Zechciało zapomnieć kim jest, udać się do krainy stachu i na dno piekieł i powrócić z tamtąd wzbogacone, zwycięskie. Powrót syna marnotrawnego.

Ale ten strach jest bardzo indywidualnie przeżywany. Jest smakowany i delektujemy się wręcz nim…. to jakaś paranoja. Przyzwyczailiśmy się do tego strachu i niestety nie wiemy, że może być coś innego i że tak właściwie to ten strach nie jest prawdziwy…

Wyssaliśmy ten strach z mlekiem matki. Został nam wbudowany w nasze DNA i w momencie gdy się inkarnujemy w ciele człowieka zostaje on nie uświadomionym i podstawowym programem naszego życia w ludzkim ciele, z ludzkim umysłem. 

Strach przed światem, przed tym, że możemy nie istnieć, że coś się może wydarzyć po za naszym umysłem, po za naszym ciałem mentalnym paraliżuje wszystko. Sprawia, że zamykamy się jeszcze bardziej w mentalne, intelektualne pułapki tracąc życie. 

Ze stanu czystej miłości i światła, ze słodkiej jedności z Bogiem Ojcem/Matką przechodzimy w stan wojny ze światem. W stan osamotnienia, dezorientacji, wyobcowania. Totalne zagubienie ogarnia. Młoda dusza rodzi się w tym świecie i nie pamiętając poprzednich wibracji radzi sobie jakoś. Ograniczenia jakie daje nieświadome ciało są tak wielkie, że czasem dusza się poddaje, opuszcza ciało. Ginie w wypadku, choruje, umiera. Czasem dusza nie może się dogadać ze swoją osobowością, która tak dalece się zapomniała w tej trójwymiarowej rzeczywistości, że zupełnie przestała zwracać uwagę na ducha, intuicję.  Takiej osobowości trzeba zimny prysznic i pojawia się choroba, nieszczęście, coś co sprawi, że się zacznie inaczej myśleć.  Takie przeżycia demaskują iluzoryczne bezpieczeństwo jakie nam kreuje społeczeństwo ze swoją medycyną, nauką itd… wszystko to blednie w jednej chwili w obliczu życiowych dramatów.

Tu właśnie się kreuje tożsamość. Tożsamość ego i wynikające z niego schematy myślowe. Racjonalne, logiczne, wyzuwające z lekkości, spontaniczności, czaru i lekkości myślenie. Wystraszona tożsamość homosapiens pierwszych lat XXI wieku… To bardzo samotna tożsamość. Zadufana w swoją wiedzę, w postęp cywilizacji. Przeświadczona o samotności. O swym najwłaściwszym na świecie punkcie widzenia. Tożsamość rozkładu społecznego, strachu i alienacji. Ot, taki mały feblik na koniec naszej epoki.

 Na szczęście zaczynamy budować nowe tożsamości. Zaczynamy otwierać się na świat, na Ducha, na kosmiczną jedność. Zaczynamy rozszerzać nasze horyzonty. ZACZYNAMY SOBIE DAWAĆ PRAWO BY NIE WIEDZIEĆ I ZACZYNAMY UFAĆ. Zaczynamy rozpoznawać nasze miejsce w szeregu. Nasze miejsce w systemie. Zaczynamy cenić życie za to, że po prostu się żyje. Zaczynam podziwiać ten potężny proces, którego częścią jesteśmy i coraz częściej z naszych ust wychodzi westchnienie zachwytu. Nasze serce otwiera się i zaczynają się pojawiać coraz piękniejsze przeżycia, świat zaczyna rozpieszczać swe ukochane dziecko. Zaczyna się piękne, prawdziwe życie. 

Odnajdujemy swą inną tożsamość i stwierdzamy, że to ona jest prawdziwa. Że ta, wyrośnięta ze strachu to tylko maska, jaką założyliśmy by przeżyć przygodę w tym całym pięknym procesie zwanym życiem.  Odkrywamy tę tożsamość i całym sercem się z Nią identyfikujemy. Wreszcie odkryliśmy prawdę. Wreszcie odkrylismy siebie samych. Wreszcie zaczęliśmy żyć.

h

h

T

y

 

Yeeees!! :):):)

Dziel się Dobrą Energią
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

I accept the Privacy Policy